browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

W głąb Kirgistanu

23 maja 2015

Planując naszą podróż w Polsce, nie zakładaliśmy konkretnej trasy przejazdu przez Kirgistan. Mieliśmy obrany 1 punkt jako cel ale nie sprawdzaliśmy dokładnego przebiegu dróg. Kolejny wieczór spędziliśmy więc w ten arcyprzyjemny sposób – ślęcząc nad mapą i układając plan na następny dzień. Wybraliśmy jak zwykle trasę pobocznymi drogami przebiegającymi co najwyżej przez wioski ale na pewno nie przez duże miasta. Z drugiej strony wybieraliśmy na mapie drogi „krajowe” i „wojewódzkie”, raczej już nie nastawialiśmy się na szutry, zwłaszcza że wiedzieliśmy na jakich wysokościach będziemy – powyżej 3.000mnpm. W rezultacie trasa wyglądała jakoś tak (na google maps nie da się wyznaczyć tej trasy, więc wrzucamy tylko szkic): Trasa Kirgistan

Po nabraniu sił w czerwonodywanowym hotelu, dosiedliśmy maszyny z nastawionymi kompasami na wschód. Początkowo zaskoczeni byliśmy ciągnącymi się w nieskończoność wioseczkami, zupełnie inaczej niż do tej pory: jak tylko kończyła się jedna miejscowość, już wyłaniał się znak początkujący następną. Co ciekawe, miejsca te są pełne życia – dzieci w mundurkach całymi gromadami spacerują do szkoły, dorośli krążą od domów do bazarów czy sklepików, ulice pełne są zgiełku i ruchu samochodowo-zwierzęcego.

Dopiero po paru godzinach wjechaliśmy w bardziej wyludnione tereny. Piękna asfaltowa szosa wiła się między stromymi, dzikimi zboczami. Zaczęliśmy wspinać się motocyklami coraz wyżej i wyżej, zaczęło robić się coraz chłodniej, mimo wciąż tak samo świecącego słonka nad kaskami. Jednak wysokość robiła swoje – wjechaliśmy na przełęcz 3326mnpm. Było to dla nas dość niespodziewane (trzeba było uważniej mapę prześledzić:)), zwłaszcza że miejscówka wyglądała dość turystycznie – tabliczka z nazwą i podaną wysokością plus kilka osób cykających sobie fotki. Takiego obrazka nie widzieliśmy od dawna – no to mamy fotkę i my!

Po chwili zjeżdżaliśmu już w dół i z każdym zakrętem podnosiła się temperatura, aż do smacznego, ulubionego we wspomnieniach upału. Zbliżał się moment, w którym mieliśmy odbić z głównej drogi w trochę mniejszą, w kierunku pasma górskiego. Rozglądaliśmu się więc za stacją benzynową, przeczuwając że później może być z takową kiepsko. Stacja znalazła się w idealnym miejscu – tuż przy „naszym” skrzyżowaniu. I to na niej zaznaliśmy słynnego już dialogu:

  • dzień dobry!

  • Dobry, dobry, ale stacja nie czynna

  • o matko! Jak to nieczynna?

  • Niestety, nieczynna, do najbliższej jest ok 30km.

  • O nie! Ledwie dojedziemy na tym co mamy w baku no i godzina w plecy. Na prawdę nie ma benzyny?

  • Ahaaaaaa! Benzyna! A nie no, benzyna to jest, benzynę to ja mam tutaj w baniaku, ile chcecie? ….

Trzeba się nauczyć kirgiskiej logiki:) Zatankowaliśmy po full, dopełniliśmy kanistry i jakieś plastikowe butelki i wjechaliśmy w drogę „wojewódzką”. I się zaczęła jazda. Asfalt skończył się dość szybko i przerodził w szeroki twardy szutrowy trakt, wiodący wzdłuż potoku, między łagodnymi pagórkami. Ach, cóż za radocha! Nikogusieńko wkoło. Piękna cisza gór, przecięta niespokojnym warkotem dwóch sunących Dominatorek. Ale jakież malutkie te Dominatorki, co one mogą zdominować przy takiej masie przyrody!

Zanim droga zaczęła piąć się w górę, zatrzymaliśmy się przy szumiącym potoku i stwierdziliśmy, że to idealny moment i miejsce na rozbicie namiotu. Umówiliśmy się na leniwe popołudnie, opalanie, moczenie stópek i leżenie do góry brzuchem… Ale to zdecydowanie nie jest w naszej naturze. Po ok. półgodzinnej labie stwierdziliśmy, że skoro już tu jesteśmy, to trzeba wejść na pobliski szczyt i spojrzeć na góry z góry. Trudno ocenić, czy było warto, ale na pewno lepiej jest się ruszać niż leżeć.

A na góry z góry mogliśmy się napatrzyć nastepnego dnia. Co to był za dzień! Najtrudniejszy w ciągu tej podróży. Wstaliśmy dość wcześnie, spakowaliśmy się szybko, nim słońce zaczęło prażyć i już prawie ruszyliśmy…. W momencie wrzucania pierwszego biegu, Aśce znów pękła linka sprzegła. Przez chwilę najedliśmy się sporo strachu, ale naprawa na szczęście okazała się możliwa bez wymiany na inną, trzeba było skrócić i wpiąć na nowo dotychczasową linkę. Po pół godznie stresu, można było ruszyć. Droga zaczęła piąć się coraz wyżej i wyżej, widoki więc coraz piękniejsze ale też silniki pracowały coraz gorzej. Po jakimś czasie szeroki ubity trakt został tylko jako obraz serpentynki gdzieś w dole a przed nami kręciła się coraz węższa i coraz bardziej kamienista dróżka. Dróżka stała się wręcz ścieżką. Wkoło piętrzyły się nieprzystępne góry, pod oponami ostre nieprzyjemne kamienie, nawigacja zaczęła wariować. Mapa oczywiście nie miała nic wspólnego z rzeczywistością – wg niej byliśmy przecież na „żółtej” szosie wojewódzkiej. Pomyśleliśmy że trzeba zawrócić, ale nie byliśmy pewni czy pamiętamy którędy przyjechaliśmy. Obleciał nas strach, każde z nas miało inną wizję, w którą stronę jechać na następnym rozdrożu. W rezultacie Daniel (jak zazwyczaj zresztą:)) miał rację – objechalismy kolejny szczyt trawersem i po drugiej stronie natrfiliśmy na jakąś ciężarówkę z pracownikami – budowniczymi drogi. Próbowalismy się jakoś porozumieć, ale nie kumali totalnie nic, nawet nazw miejscowości – była to grupa Chińczyków, zapewne „tania siła robocza”?. No nic, jechalismy dalej za głosem serca Daniela. Musielismy utrzymywać motocykle w pionie na naprawde trudnej nawierzchni – sypkie ostre kamienie przykryte kilkucentymetrową warstwą sypkiego pyłu. Na samo wspomnienie wszystkie mięśnie się spinają! Nie dość, że koła co chwilę się ślizgały, to jechalismy w nieustannym gęstym kurzu i co chwila pojawiał się stromy podjazd bądź zjazd z zakrętami po 180 stopni. Do tego silniki nie pracowały stabilnie, ze względu na dużą wysokość. Aż dziwne, że zaliczyliśmy tylko jedną glebę – Aśce na jednym z zakrętów na podjeździe, motocykl po prostu zgasł i się położył. Pewnie chciał sobie odpocząć…. Po paru godzinach takiej jazdy, kiedy słońce już powoli rzucało wydłużone popołudniowe cienie, znów pękła linka sprzęgła! Tym razem walczyliśmy z nią trochę dłużej, bo była już mocna skrócona, ale jakoś w końcu się udało – dosłownie milimetr zapasu nam został!

Jechaliśmy więc dalej, droga znów zrobiła się trochę szersza, nawigacja złapala sygnał, wiedzieliśmy więc że jedziemy w dobrym kierunku. Tuż przed zmrokiem dotarliśmy do celu – miejscowości Kyzyl Oi. Znaleźliśmy nawet sklep (piwko na wieczór!) i spytaliśmy o jedzenie, które można na ognisku przygotować. I pani sprzedawczyni, bardzo piękna kobieta, zaproponowała kolację i nocleg u siebie w domu! Byliśmy uratowani!:) Ach, jakie pyszności nam przygotowała: najpierw herbata z herbatnikami, dżemami domowej roboty i miodem z własnych uli, później ryż z warzywami i mięsem (jeden z niewielu smacznych posiłków w Kirgistanie, bo bez wszechobecnej baraniny) plus kumyz (mniam mniam – napój mleczny, smakiem przypominający oscypek, delikatnie alkoholowy).

Ach, jeszcze o jednej ciekawej przygodzie nie wspomnieliśmy, ale się działo tego dnia! Ja (Aśka) jechałam przodem, a ze względu na kłęby kurzu, Daniel zachowywał dość sporą odległość. W związku w tym, od czasu do czasu, zatrzymywałam się by poczekać na niego i ustalić dalszy kierunek. W którymś momencie minęłam jakąś chatę i przy niej spacerował sobie młody chłopak z uwaga! bronią przewieszoną na plecach. Stwierdziłam, że to na pewno kałasznikow, więc przyspieszyłam i próbowałam skontaktować się z Danielem, żeby go ostrzec. Oczywiście, nie udało się nawiązać łączności – zbyt duża odległość była między nami. Po odjechaniu paru km zatrzymałam się i czekałam. Minuta, dwie, pięć, dziesięć, o matko! Nie ma go! I co dalej? Jeszcze 5 minut poczekam ale jak nie przyjedzie, to co robić? Zawrócić i sprawdzić czy jednak uciekać i znaleźć jakąś pomoc. Narodziła mi się najczarniejsza wizja: gość z kałachem zatrzymał Daniela i będzie chciał jakiś okup…. No dobra, zawróciłam więc, bo przecież gdzie tu pomoc znaleźć? Za każdy zkręt wyglądałam z nadzieją, że może jednak już jedzie w moją stronę. I gdzie go znalazłam? Oczywiście przy kolesiu z bronią! Kałasznikow okazał się wiatrówką a Kirgiz spokojnym pasterzem, który pomagał Danielowi założyć łańcuch…. Ależ się śmiali z moich czarnych wizji! Łańcuch spadł zapewne z powodu dostania się jakiegoś kamienia między niego a zębatkę. W miarę szybko udało się go spowrotem nałożyć. Uff, ale ulga.

O, i jeszcze jedna rzecz: w Kirgistanie na śniadania najczęściej jadaliśmy herbatniki (najłatwiej dostępna rzecz w sklepikach spożywczych) z jogurtem – o ile udało się dostać. Więc po paru godzinach jazdy rozglądaliśmy się za jakimś sklepem czy „cafe”, by znów się posilić. Trafiliśmy na wioseczkę w pieknej dolinie i wypatrzyliśmy sklepik. Musieliśmy chwilę poczekać na właścicielkę, ale w końcu przyszła, otworzyła drzwi i kratę i powiedziała „Good morning! How are you?”. Angielski tak nas zaskoczył, że nie umieliśmy nawet odpowiedzieć! Jakim cudem tutaj ktoś może znać angielski? Okazała się panią nauczycielką angielskiego, jedyną w obrębie najbliższych kilkudziesięciu km. Zaprosiła nas na śniadanie – jajecznica, dżemy, pyszności! Tylko jak tłumaczyła z czego jest zrobiony dżem malinowy, to powiedziała „strawberry” i w sumie dość szybko przeszła na język rosyjski (jak tylko zauważyła, że coś rozumiemy). Ale jakże miłe to było spotkanie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>