browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Przejazd przez Kazachstan cz.1

25 stycznia 2015

Nareszcie dochodzimy w naszych wspomnieniach do sedna sprawy. Po zmianie pierwotnych planów podróży (Pakistan, Indie, Birma, Chiny) przeczuwaliśmy, że to właśnie ten ogrom kazachskiej przestrzeni jest tym, co nas pociąga najbardziej. Po przejrzeniu wielu zdjęć i paru relacji z podróży po tym odległym kraju, dusze cieszyły nam się jeszcze bardziej z takiej zmiany trasy. Do tego dołożyliśmy jeszcze wisienkę na torcie – góry Tien Szan w Kirgistanie. Już same wyobrażenia i przypuszczenia jak tam będzie, wywoływały miłe dreszcze wokół serca. I jak to zazwyczaj przy podróżowaniu bywa – nasze oczekiwania spełniły się w 150%. Nie możemy się powstrzymać, by nie zacytować tu fragmentu opowieści „Wschód” Stasiuka, bo sami nigdy tak pięknie słów nie dobierzemy:

„Słońce dopiero wstało i te nieliczne rzeczy, które znajdowały się wokół: namiot, stara rosyjska furgonetka, źdźbła suchej trawy rzucały czarne cienie. Jak okiem sięgnąć nie było niczego tylko piasek, te suche źdźbła, wyjeżdżony szlak i ślad wczorajszego ogniska. I ta cisza jakiej nie słyszałem nigdy w życiu. Wszystko było ogromne, potężne, widoczne na dziesiątki kilometrów, ale nie wydawało żadnego dźwięku. Jakby było przygotowane ale nie zaczęło jeszcze działać. ”

I tak dokładnie było, nie przez jeden dzień, nie przez dwa, ale tydzień jazdy motocyklem czyli ok 2.000km. A przejechaliśmy tylko zachodnią część Kazachstanu! Kiedy spojrzy się na mapę świata widać, że powierzchnia tego kraju jest równa wielkości całej Europy. A dużych miast z „normalną” infrastrukturą jest w sumie z 7. Pozostała część kraju to niekończące się stepy, na których od czasu do czasu, w dość przypadkowych miejscach, znajdują się skupiska domów porozrzucanych bez ładu i składu. Ulice w takich miasteczkach są częściowo asfaltowe, częściowo gruntowe, przecinają się w niezrozumiały i zawiły sposób a domy budowane są z tego co akurat jest pod ręką: trochę cegieł w kolorze gleby, trochę desek, trochę blachy, gliny. Jedno jest pewne – nic w tych budynkach nie jest równe – ani ściany, ani podłogi ani blachy. I w takich miejscach ukryta jest cała magia tego kraju. Już pierwszego dnia musieliśmy przestawić się na nowe warunki.

Przekraczaliśmy granicę Rosja/Kazachstan w Kotyayevka. Na szczęście bez żadnych problemów, nad wyraz szybko i sprawnie, aż byliśmy zaskoczeni, śmialiśmy się, że to był tryb „nic nie panimaju więc idu dalej”. Jeden z celników tylko zasugerował, chęć otrzymania łapówki pocierając palcami o siebie, patrząc głęboko w oczy. Spojrzeliśmy na niego robiąc głupią minę, mówiąc ‚WHAAAT?’- uznał, że nie wytłumaczy, kazał iść dalej. Po kazachskiej stronie stała grupka bywalców, zarabiających na wymianie waluty (kantor w kieszeni) i sprzedaży jakichś niby niezbędnych ubezpieczeń, bez których wróżono nam poważne problemy – nie kupiliśmy. I dobrze zrobiliśmy, a przy okazji Aśka trochę na Pana nakrzyczała w polsko-rosyjskim wydaniu, co pomogło jej skupić się na dalszej drodze. Bardzo dobrze, bo ten odcinek wymagał nie lada cierpliwości. Asfalt zaczął się psuć i z każdym kilometrem było coraz gorzej – dziura na dziurze. Trzeba było wykorzystywać oczywiście całą szerokość szosy, co dość śmiesznie wyglądało – zwłaszcza samochody jeżdżące wężykiem, jak po dwóch głębszych. Zrobiło się popołudnie, więc zaczęliśmy myśleć o noclegu. W końcu przy drodze pojawiły się jakieś zabudowania, podpytaliśmy więc o „gościniec”. Dostaliśmy informację, że tak, będzie za parę kilometrów po prawej stronie drogi. Przejechaliśmy raz, jakieś zabudowania były ale takie rozpadające się, bez znaku czy tabliczki, stwierdziliśmy że to niemożliwe żeby to było to. A jednak! Po następnych kilku kilometrach, na których nie spotkaliśmy żadnych domów ani nic co by wskazywało na możliwość noclegu, zawróciliśmy i z niepewnością otworzyliśmy drzwi. Okazało się, że jak najbardziej, pokój jest a nawet obok znajduje się bufet! Za ok. 20 euro, więc bardzo drogo ale trzeba było się umyć. Pani powiedziała, że woda jest, więc oczywiście się zdecydowaliśmy. Zaprowadziła nas do pokoju, wesoło terkocąc cały czas, coś o motocyklach i że kobita w podróży – zachwycona była takimi gośćmi. Pokój w stylu PRLowskim, z kiczowatym żyrandolem, wielką dziurą w suficie, ogromną ilością komarów i drzwiami prowadzącymi na podwórze. Po chwili Pani przyniosła nam wiadro wody… i miskę. W pierwszej chwili pomyśleliśmy „szok” i „niedowierzanie”. Ale przecież kiedyś ludzie tak sobie radzili! Okazało się, że w tych 15 litrach umyliśmy się w całości, plus włosy plus pranie i zostało jeszcze z pół wiadra na poranne mycie zębów! Ach, wieczorne zimne piwko po całym dniu pełnym tylu emocji – bezcenne!

Rano mieliśmy jakąś zagwozdkę z godziną. Każdy z telefonów pokazywał co innego, Pani podała nam jeszcze inną – trudno było się połapać z tym przekraczaniem kolejnych stref godzinowych. W rezultacie, od tego dnia, zaczęliśmy kierować się po prostu słońcem – co rano pobudkę rozpoczynaliśmy od wyjrzenia przez okno lub poły namiotu i decydowaliśmy czy już jest na tyle wysoko, że musimy się zrywać czy jeszcze pół godziny poczekać. Tak samo wieczory i czas na poszukiwanie miejsca do spania wyznaczały wydłużające się cienie. Ależ to słońce potrafi pędzić czasami…

I tak rozpoczęliśmy najfajniejszą część przejazdu przez Kazachstan. Przez 3 dni poruszaliśmy się po drogach szutrowych i asfaltowo-dziurawych, przejeżdżając w takich okolicznościach ok 1.100km. Oczywiście było to bardzo męczące, ale też dające ogromną frajdę. Te dziurawe asfalty to może niekoniecznie, ale bardzo długie odcinki były takie, że drogą główną po prostu nie dało się jechać, więc wykorzystywaliśmy wyrobione boczne równoległe tory. Podłoże było najczęściej twarde i pokryte delikatnym pyłem, który oczywiście wznosił się tworząc ogromne kurzowe chmury. Po tym często rozpoznawaliśmy, że z naprzeciwka nadciąga jakiś Kamaz czy Łada. Strasznie przyjemna to była jazda – płynęliśmy sobie po oceanie piasku i niskiej roślinności. Do tego spotykaliśmy co jakiś czas wielbłądy i orły!! Orły są niesamowite – ogromne, pełne spokoju i pogardy dla tych, którzy zakłócają ich przestrzeń. Siedziały na jakichś słupkach czy wałach przydrożnych, patrzyły spode łba i w ostatniej chwili zrywały się do lotu, rozkładając swoje wielkie jak latawce skrzydła.

Drugi kazaski nocleg zafundowaliśmy sobie pod namiotem, przejeżdżając na dziko przez kawał stepu i spory szmat wyschniętego jeziora, gdzie Aśka zaliczyła pierwszą, niegroźną glebę. Po drugim dniu szutrów, w miasteczku Quandyaghash, gdzie mieliśmy nocleg (u starszego Pana, który zapewnił że woda jest – i była, tym razem w umywalce) musieliśmy podjąć decyzję, czy dalszą drogę wybrać na północ, raczej asfaltową i wybieraną najczęściej czy może „skrótem” na wschód, bardziej na dziko. Oczywiście wybraliśmy na wschód. Po drodze (360km) spotkaliśmy może z 5 samochodów, przejechaliśmy przez jedno miasteczko, gdzie zatankowaliśmy i jedną osadę, w której próbowaliśmy znaleźć sklep ale ludzie chowali się przed nami, nie dało się z nikim pogadać (Aśka trochę się przestraszyła takiej reakcji). Część trasy prowadziła przez zaskakująco malowniczą, dość pofałdowaną krainę o czerwonej ziemi,  zielonych drzewkach (!) i srebrno-złotych krzewach. Pod koniec dnia, droga się trochę zepsuła, bo pojawiła się męcząca „tarka”, której nie dało się ominąć, posypana z wierzchu, jak na złość białym, grubo siekanym żwirem. Na samo wspomnienie wszystko się nam trzęsie. Oj, tam to mieliśmy syndrom NSE nie raz (Nagły Spadek Energii). Jakoś jednak dojechaliśmy do wyznaczonego celu – miasteczka Shalqar: benzyna 80 oktanowa, jedna restauracja serwująca szaszłyki (mięso i cebula) i zupę (mięso i cebula zalane wodą) i hotelik z WiFi. Łał!

I tak, prawie najedzeni i z dachem nad głową, wzięliśmy się za szybki serwis naszych maszynek: smarowanie łańcuchów, przedmuchanie filtrów powietrza (po wyciągnięciu okazały się zupełnie czyste, mimo takich ilości wszędobylskiego pyłu) itp. Poszło nam szybko, więc Daniel postanowił jeszcze dolać olej do swojej cieknącej lagi, która dostała nieźle w kość na tych tarkach. Odkręcenie poszło bardzo szybko, wymierzenie odpowiedniej ilości też jakoś poszło ale schody zaczęły się przy dokręcaniu śruby. Przez pośpiech i zmęczenie zrobiliśmy to „na siłę”, a że gwint jest aluminiowy, uszkodził się. Walczyliśmy (zwłaszcza Daniel) ze 2 godziny, z nożykiem, żeby wyżłobić odpowiedni rowek. Byliśmy bliscy płaczu, bo nie przynosiło to żadnego efektu. A gdzie tu, wśród tych wielbłądów i Kamazów  znaleźć sklep z częściami do motocykla? Wykorzystaliśmy WiFi i znaleźliśmy – w Astanie czyli ze 3 tys. km stąd. Podjęliśmy ostatnią próbę, resztkami sił podnieśliśmy motocykl odpowiednio wysoko i udało się! Gwint złapał! Co za radość! Można było jechać dalej!

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>