browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Prawie do Chin

11 lipca 2015

Po spotkaniu ze Spokojnym Pasterzem, mieliśmy dość niespokojną noc – zimną, bardzo wietrzną i usiłującą przygnać deszczowe chmury nad nasz mały namiot. Na szczęście otaczające góry skutecznie nas ochroniły od mokrej kąpieli, a zbudowany przez Daniela parawan z kamieni uchronił przed oderwaniem namiotu od ziemi. Obudziliśmy się w suszy i ciszy. Pożegnaliśmy z żalem piękny kanion i ruszyliśmy w kierunku ogromnego jeziora Issyk-Kul. Po paru godzinach przyjemnej, relaksująco-płynnej jazdy po szeroko-asfaltowych drogach dojrzeliśmy połyskującą błękitną taflę. Issyk-Kul robi wrażenie! Nie da się wychwycić linii drugiego brzegu, ale to że on gdzieś tam jest, potwierdzają zamglone, ośnieżone, oddalone o kilkadziesiąt kilometrów szcyty gór. Niesamowite jest to, że jezioro właściwie w ogóle nie jest eksploatowane, Nie widać ani promów, ani łodzi ani choćby kutrów rybackich czy wędkarzy, nie wspominając już o plażach czy kąpieliskach. Jak w całym Kirgistanie, także i tu jest dziko. Pojawił się co prawda znak „Kitesurfing site”, ale nie wiemy o co chodziło – może latem jest tam jakiś ruch? My byliśmy 17ego września, może to już po sezonie. Minęliśmy też sporo budynków typu molochy – hotele, ale albo wyglądały na opuszczone od lat albo w ogóle nie były wykończone. Mieliśmy wrażenie, że budowano je kilkanaście lat temu ale nagle zabrakło pieniędzy i wszyscy uciekli. No, ciekawe. W Wikipedii można przeczytać, że na jeziorze „rozwinięte są rybołówstwo i żegluga”, ale my jakoś tego nie doświadczyliśmy.

Pod koniec dnia znaleźliśmy w jakimś miasteczku przyjemny mały hotelik – była woda! I to ciepła! Do tego przed wejściem ustawiono „przepiękną”, plastikową, rachityczną palmę, poczuliśmy się więc całkiem luksusowo. Miło było wyspać się na tych miękkich łóżkach pod świeżą pościelą. A jednak każdy nocleg w namiocie, dzięki braku wszelkich wygód, jest stokroć przyjemniejszy niż w najpiękniejszym hotelu. I na pewno mocniej zapisuje się w pamięci, zwłaszcza jeśli uda się do tego rozpalić ognisko a noc jest gwieździsta.

Następnego dnia przywitało nas piękne słońce – dobry znak na podbój chińskich granic! Ruszyliśmy dość wcześnie, mając przed sobą trochę kilometrów i przed wszystkim wielką niewiadomą – jak daleko na wschód uda nam się dojechać? Dojechaliśmy do samego krańca jeziora Issyk Kul, przejechaliśmy przez Karakol i odbiliśmy w lewo. Góry były już na wyciągnięcie ręki, wjeżdżaliśmy w cudowny wąwóz. Natrafiliśmy na szlaban (otwarty) i budkę strażniczą, ale na szczęście nikogo nie było, więc bez żadnych opłat pojechaliśmy dalej. To był najładniejszy fragment całej naszej trasy! W dole wił się bystry potok, czasem rozlewający się w szerokie oczka, po jego obu stronach rosła łagodna i soczyście zielona trawka, na której pasły się konie i owce, gdzieniegdzie trafiała się jurta, a po obu stronach drogi wyrastały potężne wierzchołki. Im dalej wgłąb doliny, tym byliśmy wyżej i tym więcej śniegu dostrzegaliśmy na zboczach. Powiedzieliśmy sobie, że pojedziemy na motocyklach tak wysoko, aż osiągniemy granicę śniegu. Skrobaliśmy się ładnych parę godzin, silniki pracowały coraz słabiej ale udało się! Dojechały do pierwszych jęzorów białego puchu, na wysokości ok 3400mnpm! Zsiedliśmy z maszyn i od razu podjęliśmy decyzję – to teraz trzeba pieszo! Po ok dwóch godzinach wspinania się (niezbyt rozsądnie poszliśmy „na skróty”) doszliśmy do przełęczy Chon – Ashu na wysokości 3776 mnpm! Roztaczał się stamtąd przepiękny widok na szczyty chińskich wierzchołków gór, zapewne 6- i 7-tysiączników. Ależ mieliśmy radochę! Jest nasz cel! I nie jest to jakaś budka celnicza z bramą, szlabanami i murem, a rozlewające się piękno na przestrzeni dziesiątek kilometrów!

Pewnie siedzielibyśmy na tej przełęczy do dziś, gdyby od rozmyślań nie oderwał nas jegomość w skórzanej kórtce i wełnianej czapeczce. Podszedł spytać o fajki, Daniel go poczęstował, a gość z paczki wyciągnął sobie od razu z 10 szt.! Spytaliśmy co tu robi, więc wskazał na budyneczek nieopodal (ledwie trzymająca się kupa kamieni) i powiedział, że nie jest żołnierzem, on tu tylko pilnuje. Hmmm, nie udało nam się niestety dogadać w sprawie szczegółów. Zebraliśmy więc siły i zaczęliśmy schodzić. Dominiki czekały na nas spokojnie, niewzruszone zimnem. Odpaliły od razu i zwiozły nas z powrotem parę kilometrów w głąb wąwozu. Byliśmy bardzo dumni z miejscówki, jaką sobie na namiot wykoncypowaliśmy: pod sporym głazem, który z jednej strony idealnie chronił przed wiatrem, a z drugiej tworzył się z niego okap. Pod okapem rozpaliliśmy ognisko, więc ciepło nam nie uciekało, było jasno i cudownie cicho! Czuliśmy się jak prawdziwi Komboje! To był zdecydowanie bardzo, bardzo udany dzień i kładliśmy się spać z myślami i sercami wypełnionymi radością ze spełnionej, narzuconej tylko przez siebie, misji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>