browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Kirgistan – dzień z życia

28 maja 2015

Po morderczym dniu i wspaniałym jego zakończeniu miejscową gościną, ruszyliśmy dalej. Tym razem bojowo nastawieni na ponowne starcie z ostrymi jak brzytwa odłamkami skalnymi, przykrytymi pierzyną głębokiego pyłu. Początek drogi wyglądał jak wstęp do tego, na co przygotowani byliśmy. Wschodzące słońce, strzeliste, skaliste szczyty, sporo tarki ale też twardego szutru. Czyli piękna wijąca się droga wzdłuż górskiego strumienia – największa przyjaciółka motocykli enduro. Po wczorajszej zaprawie czuliśmy się pewnie na długich przewidywalnych łukach, pozwalając sobie na nadmierne zużywanie opon, odkręcając manety na wyjściach. Po parudziesięciu kilometrach, ku naszemu zaskoczeniu, oczom ukazały się płaty asfaltu, by w końcu rozlać się w jedną masę bitumu. Wiązało się to także z pojawieniem się pewnej ilości zabudowań – powiązaliśmy fakty i byliśmy pewni, że to zwykłe udogodnienie wiejskiego życia oznacza dla nas tylko ciszę przed burzą i że zaraz się zacznie walka na nowo…

Byliśmy w błędzie, asfalt ciągnął się już do samego końca drogi A367. Nie skorzystaliśmy jednak w pełni z luksusu jaki został nam zaproponowany przez kirgiskich inżynierów. Po parudziesięciu kilometrach odbiliśmy na południe, w kierunku jeziora Song-Kul. Byliśmy ciekawi tego wielkiego zbiornika wody położonego na wysokości >3000m n.p.m. Droga po raz kolejny stała się bardziej odpowiednia dla naszych maszyn. Pojawiły się niewielkie brodzenia, przestrzeń wokół ściśnięta została stromymi wzniesieniami. Znów jechaliśmy doliną, wzdłuż kolejnego małego górskiego potoku. Amortyzatory z radością stawiały czoła sporym głazom usypanym na drodze, po której co najwyżej parę razy dziennie przejeżdżał terenowy samochód, prowadzony przez zazwyczaj poważnie zakonserwowanego Kirgiza. Wysokość i związany z nią spadek tlenu w powietrzu, dały się znów we znaki naszym gaźnikowcom. Z uwagi na fakt słabego dostępu do śruby regulującej skład mieszanki, a także wizji konieczności powrotu do domu na kołach, zostawiliśmy rumaki i ostatnie 200m przewyższenia pokonaliśmy pieszo. Prawdziwie niecodzienny widok potężnej kałuży rozlanej na wysokości, na której przyzwyczailiśmy się widzieć strzeliste ośnieżone szczyty, zapierał dech w piersiach. Nabraliśmy ich jeszcze sporą dawkę i ruszyliśmy niżej w poszukiwaniu przyjemniejszej temperatury. Nie zapominajmy, że wszystko działo się późnym wrześniem.

Znaleźliśmy. Postanowione – dziś kolejna próba chwilowego lenistwa. Wyjmujemy z sakw po piwku, siadamy i NIC nie robimy. Taaak… od słowa do słowa, Aśka ruszyła w poszukiwaniu siedmiolistnych smakowitości, które zgodnie z wieściami powinny porastać miejscowe zbocza. Daniel natomiast uparł się, że mimo braku surowca, skombinuje chrust na ognisko. Po pięciu minutach spojrzeli na siebie z dwóch końców polany. Parsknęli śmiechem. Kolejne podejście do leniuchowania zakończone fiaskiem. No nic, pozostało zakończyć swoje misje i spróbować ponownie jutro…

W pewnym momencie zza wzniesienia wybiegło stado koni. Na jednym z nich siedział niewielki Azjata. Był przyklejony do siodła, wykonywał zwrot to w jedną, to w drugą stronę, błyskawicznie przyspieszał, by znowu dynamicznie zwolnić. Wyglądał, jakby urodził się z koniem między nogami. Strach pomyśleć co wyprawiałby, gdyby zamiast konia dane mu było zaganiać stado na enduraku. Drżyj Błażusiaku! ;) Właściwie odnieść można było wrażenie, że wcale nie musiał w ten sposób troszczyć się o swoje rumaki, a świrował tylko dlatego, że dawało mu to nieziemską frajdę. Tu najważniejsze… SPOKÓJ. Gdy tylko zobaczył nas zbierających szczeny, będące pozostałością po potężnym rozdziawieniu gęb, podjechał. Wydawało się, żeby pogadać. Stanął na spoconym koniu jakiś metr od nas.

- Cześć. Skąd jesteście?

- Polsza.

- Ymmmm. Chcecie tu spać?

- Tak, w namiocie

- Ymmmm…

uśmiechnął się sympatycznie i milczał. Stał i patrzył. Cieszył się naszą obecnością. Nie zadał więcej pytań. My natomiast nie rozumieliśmy jego zachowania. Poczęstowaliśmy go ciastkiem, papierosem, staraliśmy się jakoś zagłuszyć ciszę, mało brakowało, a zaczęlibyśmy tańczyć, żeby go zabawić… Niepotrzebnie. Jaki piękny jest spokój, który ludzie tu w sobie mają. Ile ciszy w sobie noszą. Jak obce dla nas jest przebywanie ze świeżo napotkanym nieznajomym w ciszy – ciesząc się i czerpiąc radość jedynie z jego obecności. Jak dalekie dla nas jest poznawanie człowieka nie używając słów. W świecie wykrzyczanym przez radio, wypstrykanym przez telewizję, fejsbuka. Każdą sekundę musimy wykorzystać. Wmawia się nam, że siedząc i ‚nic nie robiąc’ tracimy czas. Przeznaczamy go więc, o ironio, na głaskanie palcem ekranu telefonu w poszkiwaniu kolejnych świeżych wiadomości, na skakaniu z programu na program. Na śledzeniu życia innych, zapominając o swoim. Byle czegoś nie przeoczyć, byle być na bieżąco. Byle na pewno nie ‚stracić’ czasu…Przybysz zobaczył w końcu nadjeżdżający z daleka samochód. Uniósł serdecznie dłoń, pozdrawiając nas i wrócił do swoich obowiązków. Nie wiem, jak długo staliśmy w bezruchu. Zaczarował nas facet. BUM! Bez fleszu, bez trzasku. Bez efektownych efektów. BUUUUUUUM! Cisza…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>