browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Kazachstan cz.2

1 lutego 2015

Następnego dnia dotankowaliśmy osiemdziesięcio-oktanówką wszystkie zbiorniki po kurek, wzięliśmy jeszcze po plastikowej butli „pod pachę” i wystartowaliśmy w kierunku Aralska – następnej pewnej stacji benzynowej. Mapa mówiła, że to ponad 400km… Okazało się, że ani ona, ani gps, ani przydrożne tablice z kilometrami nie potrafiły precyzyjnie podać odległości do najbliższej miejsowości. Całe szczęście, po opróżnieniu kanistrów i butelek,na bardzo późnych rezerwach dotarliśmy na stację, która była 50 km bliżej niż być powinna.  Na tym etapie naszego wyjazdu nie wiedzieliśmy jeszcze, że benzyna jest właściwie w każdej wiosce – żeby ją dostać, wystarczyło tylko inaczej formułować pytania. Mieszkańcy środkowo-azjatyckich krajów są… powiedzmy, bardzo precyzyjni. Żeby wygodniej się żyło, należy się troszkę przestawić. I tak, zamiast pytać o stację benzynową, należało prosić o samo paliwo. Nie wystarczyło spytać, wskazując palcem na pewien gliniany dom, czy to jest sklep. W czasie gdy odpowiedź była twierdząca, ustawialiśmy motocykle na nóżkach (co nie zawsze jest takie oczywiste), zsiadaliśmy z maszyn, zdejmowaliśmy kask, rękawice, kurtki, wszystko skrupulatnie układając na Hondach, wiązaliśmy włosy, wyjmowaliśmy kluczyki, szliśmy do sklepowych drzwi. Gdy okazywało się, że są zamknięte, słychać było od tego samego pomocnego człowieka ‚Ale zakryty’ (czyli zamknięty). Trochę trwało nim przyzwyczailiśmy się do takiego stanu rzeczy. Początkowo, poważnie wyprowadzało to z równowagi, później stało się nie lada rozrywką.

Tego dnia skończyły się podziurawione szutry. Po stu kilometrach dziurawego kazachskiego asfaltu, wjechaliśmy na drogę, która wyrobiła w nas umiejętność bawienia się samemu ze sobą. Przez środek nieskończonych stepów poprowadzona jest idealnie prosta, doskonale gładka szosa. Nie występuje przy tym żadna inna infrastruktura drogowa. No, prawie, bo od czasu do czasu można zatrzymać się w przydrożnej chacie, gdzie w „karcie dań” znajdziemy smażone kawałki mięsa (z wielbłąda?) z cebulą, kawę 3w1, wódkę i wafle. Po szczęśliwym zatankowaniu do pełna w okolicach Aralska, usiedliśmy w pobliskim ‚cafe’  – okazało się, że było to najdroższe siekane mięso w historii. Nie trudno było się zorientować, że tak może być – ze względu na stację odbywał się tam największy ruch w promieniu 400 kilometrów.

Przed rozbiciem namiotów postanowiliśmy wjechać jeszcze do legendarnego Aralska, zobaczyć dokąd dochodziły wody potężnego niegdyś jeziora – nie umiemy ocenić czy te pustynne pola to było właśnie dawne wybrzeże czy jednak nie, oznak jakiegoś portu nie udało nam się wychwycić.

Przez kilka kolejnych dni, po drugiej stronie szyby kasku niewiele się zmieniało, a gładki, prosty asfalt trochę zminimalizował radochę motocyklową. Co prawda doświadczyliśmy tu pierwszy raz w życiu zjawiska fatamorgany, poza tym musieliśmy odnaleźć się w nowej sytuacji, która początkowo wydaje się tak obca, że przerażająca. Przyzwyczajeni jesteśmy, jak się okazuje, do ciągłego działania, zastanawiania, kombinowania. A tu… co tu działać, skoro manetka odkręcona, a zakrętu brak po horyzont.. Gdyby chociaż jakaś dziura się pojawiła! Okazuje się, że nie pamiętamy, czy kiedykolwiek w życiu mieliśmy tyle czasu dla siebie, na swobodne wypuszczanie myśli w eter, plecenie z nich warkoczy, rozplatanie i zawijanie jak makaron spaghetti na widelce wyobraźni. Był czas, żeby pomyśleć o wszystkim. Czego upust czuć było podczas wieczornych ognisk, gdy usta nam się nie zamykały, wyrzucając z siebie węzły myślowych zawiłości.

Pojawiło się w którymś momencie motocyklowe urozmaicenie – długie objazdy remontowanych odcinków drogi dawały ponownie radość z sypkiej, podziurawionej nawierzchni. Było też miejsce na tankowanie paliwa z przydomowych składnic benzyny w plastikowych baniakach. Ciągle odkrywaliśmy ten kraj, zaskakiwały nas codzienne sytuacje w stylu rozmowy o wytrawności miejscowego wina: ekspedientka na pytanie, czy wino jest słodkie, zaczeła szukać cukru w składzie napoju! Stwierdziła, że raczej nie jest słodkie – niestety, myliła się. Odkrywaliśmy też kaloryczność stepowego drewna w formie poskręcanych korzeni. Okazało się, że niewielka garść spokojnie wystarcza na dwugodzinne ognisko średniej wielkości!

Nad granicę kazachsko – kirgiską Daniel dojechał solidnie przeziębiony. Ale chyba nie będziemy tego tematu rozgrzebywać ;) Doświadczyliśmy też jazdy przez 200km w burzy piaskowej. Jak tylko się skończyła, wyłoniły się góry. Po ponad tygodniu księżycowych krajobrazów, jakież było nasze zaskoczenie, gdy okazało się, że jeszcze zdarza się coś takiego jak wypiętrzenia ziemi. Ogromna radość, choć zmiana temperatury była potężna. Czuć było zimę. Zaczęliśmy się bać, że jesteśmy za późno, że Kirgistan przywita nas głębokim śniegiem i minusowymi temperaturami. Zdjedliśmy ostatnie Kazachskie danie z baraniny, która po 2 tygodniach ciągłego zapachu barana, czy to na ulicy, czy na talerzu, wychodziła nam uszami. Podjechaliśmy pod szlaban graniczny. Kirgistan był na wyciągnięcie ręki – pozostało tylko przejść przez granicę…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>