browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Droga powrotna – Rosja i Gruzja

23 lipca 2015

Po miłym spotkaniu w Atyrau, ruszyliśmy dalej w kierunku granicy z Rosją. Mieliśmy sporo kilometrów do przejechania, założyliśmy sobie że najbliższą noc również spędzimy pod dachem – pamiętaliśmy miejsce, które wyglądało na tani hotelik, już po rosyjskiej stronie. Jechaliśmy więc cały dzień, głęboko oddychając kazachskim powietrzem i walcząc z bardzo silnymi bocznymi podmuchami wiatru. Granicę przekroczyliśmy w Kotyayevce i poszło to bardzo sprawnie i szybko. Musieliśmy przejechać też przez koszmarny most – na rzece Buzan, w miejscowości Krasny Yar. Był to most płwający, zbudowany ze stalowych profilowanych segmentów. Dla motocykla to naprawdę trudna przeprawa, trzeba było pilnować się aby nie zjechać z obranego „toru”, szerokości jakichś 30 cm, a most nie dość że był strasznie śliski (bo mokry) i cały się ruszał (pływał), to jeszcze samochody z naprzeciwka nie respektowały motocykli jako równoprawnych uczestników ruchu. Uchhh, z ulgą zjeżdżaliśmy z tej przeprawy. Wieczorem dojechaliśmy do przedmieść Astrachanu i niestety okazało się, że hotelik, który pamiętaliśmy, był nieczynny. Byliśmy oczywiście już baaaaardzo głodni i dość mocno zmęczeni. Słońce chowało się za horyzontem a my wjeżdżaliśmy do wielkiego miasta! Co robić? Albo szybkie zakupy i wyjazd z miasta, co oznaczało szukanie miejsca na namiot po ciemku, albo hotel…. Wybraliśmy hotel. Trochę się naszukaliśmy, bo jak to w mieście – ceny po prostu nas zwalały z nóg. W końcu udało nam się wynegocjować jakąś akceptowalną kwotę, ale co się okazało? Pani wyprowadziła nas z hoteliku i pokazała pokój w mieszkaniu w komunistycznym bloku nieopodal! Było już tak późno i byliśmy tak zmęczeni i głodni, że nie protestowaliśmy.

Po paru godzinach, już najedzeni i czyści, pakowaliśmy się na rano, gdy nagle Daniel zaczął strasznie przeklinać… Okazało się, że celnicy rosyjscy nie wydali mu karty migracyjnej, podobno najważniejszego dokumentu przy wjeździe i wyjeździe z kraju! Oddali paszport, mówiąc że wszystkie dokumenty są w środku i Daniel im uwierzył. Długo dyskutowaliśmy co robić – wrócić na przejście graniczne i spróbować wydobyć tę kartę, może gdzieś tam leży w budce celnika i czeka na Daniela? Tak zrobiliśmy – ok 60 km z powrotem, z wielką nadzieją w sercu i duszą na ramieniu, żeby nas żaden patrol policyjny nie zatrzymał. Na szczęście, oprócz przeklętego mostu pływającego, droga była piękna i słonko przyjemnie przygrzewało nam w kaski, minęło więc szybko. Ale na granicy, w ogóle nie było mowy, by Daniel gdziekolwiek się przedostał porozmawiać. Nikt nie chciał pomóc, mówili tylko by się nie przejmować i powiedzieć, że kartę migracyjną po prostu zgubiliśmy! Nie mieliśmy nawet na kogo nakrzyczeć:) Eh, no nic, wypiliśmy jakąś kawę i znów gnaliśmy w kierunku Astrachanu.

Na śniadanie zatrzymaliśmy się dopiero wiele kilometrów za tym pechowym miastem. Udało nam się kupić porządną kiełbasę, świeży chleb i pyszny majonez, więc poprawiły się nasze humory. Cały dzień jazdy był znów piękny, przez wielkie stepy rosyjskie, z trochę bardziej zróżnicowaną przyrodą niż w Kazachstanie. Po południu trafiliśmy w końcu na jakiś posterunek policji, więc drżeliśmy trochę ze względu na te karty migracyjne (Aśka swoją schowała na wszelki wypadek, żeby nie budzić pytań dlaczego jedna jest a drugiej nie ma?). No i na szczęście nikt o nic nie spytał, były tyko uśmiechy i pozwolenie na jazdę dalej. Gdy zaczęło zachodzić słońce, odbiliśmy w głąb stepu i po paru kilometrach schowaliśmy się za jakimś wzniesieniem w okolicach posterunków na granicy Rosyjsko-Czeczeńskiej.. Piękne to było miejsce, porośnięte niskimi trawami, które wspaniale pachniały!

Następnego dnia dojechaliśmy do granicy z Gruzją – dokładnie w ostatni dzień ważności naszych wiz, więc całkiem idealnie. Zestrachani byliśmy co niemiara brakiem słynnej karty migracyjnej, ale udało się! W okienku była Pani Celniczka, więc Daniel patrzył jej gębko w oczy i tłumaczył, że żadnych karteczek nie dostaliśmy w Kotyayevce. Ufff, udało się, przeszliśmy! I to była ostatnia „trudna” granica do przekroczenia na tym wyjeździe! Byliśmy już tak blisko domu!:)

Zwłaszcza w Gruzji czuliśmy się zupełnie swobodnie, ludzie są tam tak otwarci, uśmiechnięci i przyjaźnie nastawieni, że nie ma co tęsknić za Polską! W górach Kaukazu porządnie nas zmoczyło i wyziębiło, ale wszystkie trudności wynagradzały piękne widoki, pełne soczystej zieleni, strzelistych szczytów i bystrych potoków. Po tysiącach kilometrów płaskich stepów, tym bardziej byliśmy uradowani zmianą krajobrazu.

Drugiego dnia jazdy, po zjechaniu na południe kraju i kierunku na zachód, spotkała nas miła przygoda. Szukaliśmy miejsca na nocleg pod dachem, bo byliśmy przemoczeni i mocno zmarznięci. Było już dość późno, weszliśmy do jakiegoś sklepiku w mijanej wiosce i pytaliśmy o gościniec. Sprzedawczyni zaczęła tłumaczyć, że musimy się cofnąć ze 20km, ale obok stała przemiła Babuszka, która jak tylko zrozumiała czego szukamy – od razu zaprosiła nas do siebie do chaty! Była przy tym zachwycona, że może nam pomóc, uśmiech nie schodził jej z ust. Ulokowała nas w domu (chyba) gościnnym, letnim, przez nią nie używanym – ale czystym i zadbanym. Sama z mężem mieszkała na co dzień w malutkiej izdebce przy stodole, brudnej, ciemnej i ciasnej. Podzieliła się z nami wszystkim co miała – przyniosła nam mleko, owoce, warzywa, chleb, miód i dżemy. A na deser czaczę – miejscowy bimber. Bardzo ciepły, pod każdym względem, to był nocleg!

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>