browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Droga powrotna – do Domu!

19 sierpnia 2015

I znów myślami przenosimy się do wrześniowej Gruzji. Po raz kolejny zostaliśmy porządnie zaskoczeni – jechaliśmy pięknymi krętymi szosami na południu tego kraju, kierując się na Batumi. Wybieraliśmy już tylko drogi asfaltowe, ze względu na zmęczenie nasze i maszyn, aż tu nagle mimo mapy obiecującej drogę „żółtą”, twarda nawierzchnia zmieniła się w sypki szutrowy trakt! Wspinaliśmy się dobre 2 godziny po coraz bardziej ostrych zakrętach, nie mając innego wyboru. Aśka dopiero tu poczuła (zwłaszcza na mięśniach pleców) ciężar całego tego wyjazdu – bez żadnego dnia odpoczynku, codziennie na maszynach. Łzy zmęczenia pojawiły się właśnie tutaj, po raz pierwszy i na szczęście ostatni. Postanowiliśmy, że następny dzień będzie dniem odpoczynku – bez dwóch zdań. Po przejechaniu przełęczy Goderdzi Pass na ok 2000mnpm, droga powoli stawała się łagodniejsza i po jakimś czasie wrócił wypatrywany przez Aśkę asfalt.

Dzień odpoczynku w urokliwym miasteczku Keda bardzo się przydał: pobudka bez budzika, na śniadanie pyszne ciepłe miejscowe ciasto, spacer po pobliskich górach, wylegiwanie się w słońcu i co baaaardzo istotne – do obiadu można było wypić piwo!! Zebraliśmy wystarczająco dużo sił na pokonywanie kolejnych kilometrów.

Myśleliśmy o złapaniu promu z Batumi, który przeniósłby nas gdzieś do Rumunii, ale okazało się, że kursują one tylko w jedną stronę – do Gruzji, natomiast powrotne są jakieś kombinowane, z przesiadką na Krymie, więc zrezygnowaliśmy. I bardzo dobrze! Bo droga jaką tym razem obraliśmy przez Turcję, była równie zachwycająca. Jechaliśmy wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego, polecamy tę trasę wszystkim motocyklistom! Wiele kilometrów pięknych serpentyn z widokiem na błękit morza – mimo tylu dni w podróży, cieszyliśmy się nadal każdym zakrętem i kolejnym odkrywanym krajobrazem. Mieliśmy na tej trasie dwa ciekawe noclegi pod namiotem: jeden w drewnianym, przewiewnym ale zadaszonym domku na skraju stromego wybrzeża, który schronił nasz namiot i nas przed silnym wiatrem i deszczem w nocy a drugi na nieczynnym polu namiotowym, na którym sprawdzając drzwi toalet natknęliśmy się na prysznic i to z ciepłą wodą!

Dalsza droga przez Turcję była już dość monotonna, ponieważ zbliżaliśmy się nieuchronnie do autostrad w kierunku Stambułu. Wiedzieliśmy już co nas czeka w samym mieście, więc wjeżdżaliśmy przed popołudniowym szczytem i udało nam się bez szwanku przebrnąć przez stukilometrową „obwodnicę”. Następnego dnia kierowaliśmy się już do Bułgarii. I od tego momentu towarzyszyły nam dwa sprzeczne uczucia – czuliśmy się prawie jak w domu, bo oto nagle można było porozumieć się po angielsku, sklepy pełne były znajomych produktów a na stacjach można było wypić pyszną kawę. I co najważniejsze – byliśmy coraz bliżej domu! Przecież z Bułgarii to już żabi skok! To już nawet autostopem można by wrócić, w razie czego oczywiście. Zakończenie podróży z sukcesem, było coraz bliższe! Z drugiej strony, w sercach zaczęło pojawiać się smutne przeświadczenie, że tak mało emocji przed nami. Natura przestała zaskakiwać, wszystko wkoło było takie znajome i … niestety dość nudne. Zwłaszcza miasteczka nabrzeżne, znane z folderów reklamowych biur podróży, straszyły tysiącami pustych pensjonatów i zamkniętych na cztery spusty hoteli z brudnymi basenami. Dopiero w Rumunii, przy Przełomie Dunaju, znów światełka zapaliły się w naszych oczach. To już był początek października, ciepłego i pełnego jesiennych kolorów. Okazało się też, że rumuńskie wina mogą być wspaniałe, ach jak miło się wspomina tamte chwile! W małym miasteczku, tuż przy granicy z Bułgarią, przy zatoczce jaką tworzy Dunaj, znaleźliśmy idealne miejsce na nocleg. Spotkaliśmy się tam z przyjaciółmi i spędziliśmy cały długi dzień razem, drugi dzień odpoczynku na całym wyjeździe! I co ciekawe, facet od którego wynajęliśmy pokoje, był fascynatem motoryzacji, kiedyś miał w Niemczech wielkie muzeum pojazdów zabytkowych. I to dlatego, nad wejściem do ogrodu zamontowany był korpus motocykla marki B.S.A.!! Czyli takiego, jakim podróżowali 80 lat temu Bujakowscy! To był dobry znak.

Do domu zostały nam 3 dni drogi i co tu dużo mówić – spieszyło nam się! Przez Węgry przemknęliśmy jak najszybciej (czy tylko my mamy wrażenie, że to kraj samych smutasów?), przez Czechy z trochę większą przyjemnością i wreszcie wjazd do Polski! Co za radość!! Przekraczając granicę, w dwójkę krzyczeliśmy z radochy – udało się, jesteśmy w domu! Jaką piękną przyrodę tu mamy, zwłaszcza jesienią kiedy wszystko czerwieni się i złoci w promieniach słonka. Zatrzymaliśmy się na obowiązkowego schabowego z ziemniakami i oranżadą, jak to smakuje! I po kolejnych paru godzinach wjeżdżaliśmy na parking przed DOMEM, witani przez najbliższych!

Nie do opisania są uczucia po takiej podróży, bo mieszają się ogromnie. Trudno powiedzieć czy większa jest radość ze spełnionych marzeń i planów czy większy smutek, że właśnie wszystko się skończyło. I co teraz? Co dalej? Gdzie dalej? Potrzebowaliśmy kilku dni odpoczynku w spokoju, żeby jakoś sobie w głowach wszystko poukładać. Zrobiliśmy długą listę miejsc, gdzie w pierwszej kolejności trzeba pojechać i zaczęliśmy wspominać najlepsze chwile podróży Dalej Się Nie Da.

Mija właśnie rok od momentu, kiedy wyjeżdżaliśmy z Druskiennik w towarzystwie dźwięków orkiestry… Czas powspominać od początku!:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>