browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Czeczenia – czyli Rosja jakiej nie znamy

29 grudnia 2014

Rosja zaskoczyła nas w wielu miejscach, mimo że tak malutki jej wycinek przejechaliśmy. Z przejścia granicznego kierowaliśmy się na Grozne czyli stolicę regionu Czeczeni. Przyznamy szczerze, że nie byliśmy świadomi, że to właśnie Czeczenia. No i zaskoczeni byliśmy sporą liczbą kontroli policyjno-wojskowych. Po prostu na drodze pojawiał się szlaban, budka, psy i sporo mundurowych z giwerami na plecach. Część ludzi puszczana była bez zatrzymywania ale niektórzy musieli zjeżdżać na bok. Przy  pierwszej kontroli żandarmi zaprowadzili Daniela na posterunek, wzięli odciski palców i obfotografowali z każdej strony. W pierwszjej chwili lekko się przestraszyliśmy ale już przy pożegnaniu były uściski ręki i życzenia udanej podróży. Na szczęście przy kolejnych kontrolach tylko sprawdzali nam paszporty, bez zabierania cennego czasu i nerwów.

Pierwszy rosyjski nocleg mieliśmy „zaklepany” w samym Groznem, u Siergieja (znaleziony przez couchsurfing). W mieście górują dwie wieże przepięknie <sic!> oświetlone wielokolorowymi neonami – małe Las Vegas, a tuż obok nich równie intesywnie, choć monochromatycznie, świeci ogromny, świeżo wybudowany meczet. Siergiej najpierw pomógł nam znaleźć sklep, w którym przede wszystkim chcieliśmy się zaopatrzyć w rosyjskie trunki rozweselające, na typowy rosyjski wieczór wśród samych Rosjan. Staliśmy dobre 5 minut z „rozdziawionymi” gębami, kiedy okazało się że alkoholu nie ma! I co więcej – jest to stan naturalny! To w związku z religią – jest to muzułmański region, mocno związany z tradycją. Co w domu, w którym nocowaliśmy, bardzo wyraźnie było widać: siedzieliśmy przy stole z gospodarzem i jego kumplami, oprócz mnie tylko jedna kobieta – żona Siergieja, która poza tym, że podawała do stołu i sprzątała, nigdy nie dosiadła się, ani nie odzywała, a wszyscy patrzyli na nas ze zdumieniem, kiedy wymknęło nam się „spasiba Irina”. Później, przy szykowaniu się do snu, poproszono nas o poprawne wyznaniowo założenie długich spodni  i długich rękawów, mimo że byliśmy przecież w  oddzielnym pokoju. Ciekawy konserwatyzm, tym bardziej, że każdy z kumpli wyposażony był w odpowiednio współczesny smartfon, konto na facebooku i miał garść opowieści o podróżach motocyklowych.

U Siergieja, oprócz kumpli z Groznego, był także Roman. Niesamowity gość ze Słowacji, pozytywnie zakręcony, jeździ na motocyklu Jawa z 1961r. i robi na nim corocznie wyprawy po kilkanaście tysięcy kilometrów: www.retrotravel.eu – polecamy!

Następnego dnia, przed dalszą podróżą, wymieniliśmy oleje w naszych Dominikach. Ale się cieszyły! Zmianę słychać było gołym uchem, a motocykle aż wyrywały się do dalszej jazdy. I my też. Jechaliśmy szosą wzdłuż Morza Kaspijskiego, która na mapie wygląda jakby przy samej plaży się wiła, ale niestety te kilka km lądu nie pozwala na dostrzeżenie choćby skrawka fali. Za to silny boczny wiatr przypominał o morskiej obecności. Już po kilkunastu kilometrach, łeb po prostu odpadał z karku. Trzeba było więc zacisnąć zęby i myśleć pozytywnie. Opłacało się, bo po godzinie czy dwóch, droga zmieniła kierunek z północnego na zachodni. Wszyscy w czwórkę (Daniel, Dominiki i ja) dostaliśmy wietrznych skrzydeł! Wiatr w plecy – najlepszym przyjacielem motocyklisty. Dopiero wtedy zauważyliśmy jak bardzo zmienił się krajobraz: ziemia prawie zupełnie się wypłaszczyła, zniknęły zielone drzewa a pojawiły się wysuszone trawy i niskie krzaczory. Nic nie zakłócało widoku na widnokręgu – na lewo step, na prawo step, a środkiem szosa płynie. Po wieeelu kilometrach trafiliśmy na jakąś osadę, gdzie znaleźliśmy „Cafe” i mogliśmy zjeść ciepły obiad. I to chyba tam po raz pierwszy na pytanie „gdzie jest toaleta?” dostaliśmy odpowiedź „na ulicy”… tzn. wychodek na zewnątrz, najczęściej w opłakanym stanie. Taki stan higieniczny utrzymał się niestety aż po krańce Kirgistanu. Oj, jak człowiek docenia wtedy nasze codzienne luksusowe wygody!

Wracając do restauracji – po nasyceniu żołądków, z przyjemnością dosiedliśmy nasze rumaki i po niedługim czasie zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na nocleg. Znaleźliśmy idealną miejcówkę – ok 2 km wgłąb stepu pojawiło się delikatne wzniesienie i za nim dolinka, tak że nie byliśmy widoczni z szosy (jeśli ktoś by w ogóle tamtędy przejeżdżał). Noclegi pod namiotem są zawsze dużo przyjemniejsze niż jakieś gasthausy czy inne pensjony. Jakie piękne niebo było tamtego wieczoru – tysiącgwiazdkowy hotel!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>