browser icon
You are using an insecure version of your web browser. Please update your browser!
Using an outdated browser makes your computer unsafe. For a safer, faster, more enjoyable user experience, please update your browser today or try a newer browser.

Ciekawostki

Bałkański Moto-wspin 2015, część 3: Albania – Czarnogóra – Bośnia i Hercegowina.

Tego dnia dojechaliśmy aż nad jezioro Skoderskie, na samą północ Albanii. Chcieliśmy jeszcze odwiedzić południowo – wschodnią część Czarnogóry, gdzie miał znajdować się kolejny ciekawy region wspinaczkowy. Przy wieczornym winku, delikatnej bryzie znad jeziora i kolejnej zachwycającej kolacji (grillowane ryby nas po prostu zniewalały), siedzieliśmy nad mapą i rysowaliśmy trasę na dzień następny. Mieliśmy do wyboru dwie opcje: przez Czarnogórę, na około ale za to asfaltowymi głównymi szosami albo na skróty przez Albańskie góry. Powtórzył się scenariusz z dnia poprzedniego – nawigacja przewidywała 10 godzin jazdy a miało to być jakieś 150 km… Nie trzeba tłumaczyć, dlaczego wybraliśmy opcję 2. Ruszyliśmy zdecydowanym krokiem, o ile można tak powiedzieć, w myślach ciesząc się jakimi to jesteśmy chojrakami i że nie ma takiej drogi, której byśmy nie pokonali na naszych super turbo kul maszynach! Pierwsze kilkanaście km było lajcikowych, po wąskiej ale jednak asfaltowej (świeżo położonej), szybko wprowadzającej nas na dużą wysokość, ścieżce. Piękne widoczki, słońce, my-bohaterowie, lalalala! Do momentu, gdy asfalt nagle się skończył. Dalsza dróżka usłana była dużymi kamieniami i odłamkami skalnymi, czasem zmieniała się po prostu w litą, śliską skałę. Ujechaliśmy zaledwie kilka kilometrów, a zajęło to 10 kilogramów czasu i jeszcze więcej potu i nerwów. W końcu Aśka się poddała, stwierdziła że to ponad jej siły i poprosiła o odwrót. Trudno było przekonać Dominiki, jeszcze trudniej Daniela, ale w końcu wszyscy musieli się zgodzić.

Cofnęliśmy się z nieukrywanym żalem, ale z drugiej strony mieliśmy przed sobą blisko 200km jazdy przez Czarnogórę, więc jakoś znieśliśmy tę porażkę. Drogę do Podgoricy w większości znaliśmy, dużo ciekawsza była więc druga część trasy. Zjechaliśmy dość szybko z głównej szosy i od razu zaczęliśmy kręcić się po nieskończonej ilości zakrętów – raz w górę, raz w dół, nigdy prosto i nigdy płasko. Przekonaliśmy się jak bardzo mogą nas wymęczyć asfaltowe zakręty! Po paru godzinach byliśmy wręcz wyczerpani! I droga wcale nie posuwała się do przodu tak szybko, jakbyśmy tego chcieli. Wydawało nam się, że słońce po niebie porusza się szybciej niż my posuwamy się „do przodu”. Ale okoliczności przyrody były zachwycające, nie ma co tu narzekać: zielono, soczyście, skaliście i bezludnie. W końcu, po zachodzie słonka, dojechaliśmy do celu. Udało się znaleźć miejsce na namiot u miłej Pani w ogródku, tuż przy wyjściu na ścieżkę prowadzącą pod skały.

Następny dzień zaczęliśmy więc od szybkiego i głośnego marszu (żeby wystraszyć wszystkie węże) w kierunku obitych zboczy. Niestety drogi okazały się albo zbyt krótkie i łatwe albo porośnięte śliskimi mchami, więc tym razem niestety nie nacieszyliśmy się pięknem wspinaczki. Żal nam też, że nie mieliśmy czasu na poszwędanie się po tych pięknych Górach Przeklętych – trzeba będzie kiedyś wrócić z plecakiem.

Wczesnym popołudniem zwinęliśmy manatki i ruszyliśmy w kierunku powrotnym, czyli do Bośni i Hercegowiny. Po drodze jeszcze czekał nas przyjemny nocleg, nieopodal szosy, za sto sześćdziesiątym ósmym zakrętem. Stwierdziliśmy, że w tę ostatnią noc musimy spróbować jeszcze jakiegoś miejscowego, mocno rozgrzewającego trunku…. zdjęcie Aśki mówi samo za siebie – ziołowa pyszność!!

Ostatniego dnia złapała nas jeszcze ogromna ulewa, na pożegnanie Czarnogóry. Dobre 3 godziny jechaliśmy w potężnym deszczu, niebo wcale nie zapowiadało rozpogodzenia, więc w miarę możliwości „gnaliśmy” w kierunku naszego kochanego autka – czasem zbyt szybko, bo Daniel zaliczył niegroźny (na szczęście nic nie jechało z naprzeciwka) poślizg. Z jaką radością dotarliśmy do miejsca postoju naszego samochodu! W środku suchutko, ciepłe ciuszki i ciepła herbata od znajomych z Mostaru. Deszczowa pogoda też daje sporo przyjemności!

Podsumowując – kto jeszcze nie był, niech nie planuje tylko wsiada na maszynerię i gna co sił ku bałkańskiej urokliwej przygodzie!

                                                                                                                                     

Bałkański Moto-wspin 2015, część 2: Albania.

Po romantycznym noclegu i pobudce, na szczęście bez węży, opuściliśmy naszą rajską plażę i ruszyliśmy w kierunku granicy z Albanią. Dojechaliśmy do niej po parudziesięciu kilometrach przyjemnego kręcenia się po serpentynach z widokiem na jezioro Skoderskie. Celnicy na szczęście byli przychylni, więc kolejną granicę przekroczyliśmy bez żadnych przeszkód. W Albanii właściwie od razu rozpoczął się taki rozgardiasz, jaki spodziewaliśmy się spotkać już dużo wcześniej. Ruch na ulicach zrobił się mało przewidywalny, miasteczka mniej poukładane i zarazem przyroda staje się jakoś bardziej dzika. Ludzie natomiast wszędzie witali nas uśmiechem i przyjaznym spojrzeniem. W pierwszej kolejności odbiliśmy na samo wybrzeże, by posilić się świeżą grillowaną rybą – ach, warto było! I jest to kolejny pozytywny aspekt z podróżowania po Bałkanach – przysmaki są łatwo dostępne! Znad wybrzeża Morza Adriatyckiego odbiliśmy znów kawałek w głąb lądu, w kierunku Tirany. Tuż przed wjazdem do stolicy, odbiliśmy w prawo i ruszyliśmy w poszukiwaniu regionu wspinaczkowego. Według wieści z internetu, miał on być położony nad wielkim zbiornikiem wodnym – Bovilla Lake. Jednak okazało się, że ani na mapie ani w GPSie, tego zbiornika nie ma… Jechaliśmy więc na czuja i udało się! Najpierw wjechaliśmy w piękny wąwóz by po chwili dojechać do ogromnej tamy, za którą rozciągało się olbrzymie lazurowe jezioro. Był to zbiornik sztuczny, zasilający w wodę całą Tiranę i zapewne dlatego nie umieszczono go na mapie. Wskrobaliśmy się szutrową ścieżką na sporą wysokość, by mieć piękny widok i dobre miejsce na rozbicie namiotu. Nie ma co opisywać, bo brakuje słów – filmik poniżej.

Co ważne – następnego dnia udało nam się odnaleźć obite drogi wspinaczkowe, więc znów byliśmy w raju. Połączenie motocykla i wspinaczki jest po prostu idealne: pozwala na znajdowanie cudownych miejsc i już sam proces poszukiwania jest arcyprzyjemny. A jak już się znajdzie, to nagrodą jest przyjemny podbój miejscowych skał. Trzeba przyznać, że ten region nie był tak dobrze przygotowany jak w Podgoricy. Tu raczej nikt nie dba „na codzień” o obite już dróżki, często więc brakuje spitów a czasem stanowisk… trzeba być ostrożnym.

Po dniu pełnym adrenaliny i burzliwej, pełnej białych błyskawic nocy, ruszyliśmy znów na naszych rumakach na południe Albanii. Musieliśmy przejechać przez całą Tiranę, co zajęło sporo czasu i kosztowało sporo nerwów (przypominały nam się np. miasta tureckie, gdzie każdy jedzie jak mu wygodnie, a nie jak nakazują przepisy czy choćby zdrowy rozsądek). Dość sporo musieliśmy kilometrów przejechać, by dotrzeć do najładniejszej części drogi – prowadzonej bezpośrednio przy wybrzeżu. Od okolic miasta Wlora zaczęło się na prawdę widowiskowo: szosa prowadzi przez górzysty teren, jest więc przyjemnie pokręcona, a w dole i w dali połyskuje błękitny bezkres morza. Zachęcająco wyglądają też, pojawiające się co kawałek piaszczyste zatoczki. Myśleliśmy o rozbiciu namiotu, ale w końcu zdecydowaliśmy się na trochę luksusu – hotelik z widokiem na fale, leżaki na plaży, takich rzeczy się nawet sami po sobie nie spodziewaliśmy! Przydało się wypocząć.

Następne dni spędzaliśmy już po naszemu – jazda w głąb Albanii, spanie na urokliwych polankach. Kraj w zdecydowanej większości jest górzysty i w związku z tym, tylko częściowo poprzecinany asfaltowymi szosami. Wybieraliśmy więc przede wszystkim trasy, gdzie trzeba było zboczyć z głównych traktów i pokonywać kolejne pasma górskie szutrowymi dróżkami. Na szczególną uwagę zasługuje przepiękna droga na samym południu kraju, łącząca Sarandę i Kakavię. Próbowaliśmy zliczyć zakręty np. na 5 kilometrach i oszacować ile w sumie ich pokonaliśmy, ale było to zbyt trudne zadanie:) Po jakimś czasie okazało się, że nie tylko my doceniliśmy urok i frajdę tej trasy – poprowadzono tędy rajd motocyklowy Albania Rally. Kolejne marzenie na przyszłość! Miło, że wszyscy uczestnicy nadjeżdżający z naprzeciwka, pozdrawiali nas – jak swoich. Duma!

Inną ciekawą przygodą była także szutrowa, zlokalizowana już bardziej na północy, droga łącząca dwie główne szosy – do Elbasan (E852) i do Burrel (SH6). Wiedzieliśmy z mapy, że jest to odcinek około 80km wzdłuż Parku Narodowego Shebenik-Jabllanice, ale złapaliśmy sporo respektu, kiedy nawigacja pokazała nam, że przewidywany czas przejazdu to 8 godzin!! Z duszą na ramieniu ruszyliśmy, wiedząc że za każdym wzniesieniem może okazać się, że trzeba zawrócić. Na szczęście tak nie było! Trasa była piękna, wiła się wśród gór i pagórków i czasami faktycznie zmieniała się w ścieżkę „jednotorową” – nieprzejezdną dla samochodu. Stąd pewnie wskazania nawigacji. My za to czuliśmy się jak na spacerze po górskim szlaku. Po około 2-3 godzinach dojeżdżaliśmy już do zabudowań i zgodnie z mapą, trafiliśmy na główną szosę w kierunku Burrel.  Czasami warto wyłączyć sprzęty elektroniczne i zdać się na własną intuicję:)

                                                                                                                                       

Bałkański Moto-wspin 2015, część 1: Czarnogóra.

Czas na kilka wspomnień z naszej bałkańskiej przygody:

Po dwóch dniach jazdy naszym cavarello po paru przeciwnościach losu (wybierak skrzyni biegów zamontowany na 7 trytek + przeszukanie auta od góry o dołu przez słowiańskich celników, bo „your car smells like cofeeshop”), dotarliśmy do Mostaru w Bośni i Hercegowinie. Tam przenocowaliśmy u fantastycznego faceta – Stephena, Amerykanina z genialnym akcentem, otwartego, dobrego i uśmiechniętego. Steph prowadzi pub „The Black Dog” w samym centrum starego miasta. Zwiedził pół świata (jako prowadzący misje humanitarne) i może o tym opowiadać godzinami – słucha się go z otwartymi ustami! Tym bardziej, jeśli podzieli się chmurką inspiracji, po czym zawiezie na zbocze, by z widokiem opowiadać jak przebiegały walki w mieście. Następnego dnia odprowadziliśmy Cavarello do jego znajomych, mieszających w wiosce nieopodal , którzy z kolei są niemieckimi emerytami, szukającymi tam ciszy, zieleni ;) i spokoju.

Wypakowaliśmy maszyny, zamontowaliśmy sakwy i zmoczyliśmy koszulki, bo upał był niemiłosierny i ruszyliśmy w drogę. Nareszcie! Co za frajda, widzieć znów przed sobą nitkę granatowej serpentyny pośród gór i małych wiosek. Skierowaliśmy się o razu w kierunku Czarnogóry. Przyjemnie było planować drogę, bo odległości między jednym końcem kraju a drugim wynosiły jakieś 250 km! Nie przywykliśmy do tego, ale oczywiście były dla nas to pozytywne przesłanki – jechaliśmy przecież na wakacje! Zupełnie inne mieliśmy podejście do tego wyjazdu niż poprzednio – nie mieliśmy wyznaczonego konkretnego celu, po prostu jazda przed siebie. A gdzie będzie ładnie – tam postój, odpoczynek, może nocleg. Kierunek wyznaczały nam znalezione wcześniej na mapach 3 regiony wspinaczkowe: 2 w Czarnogórze i 1 w Albanii.

Ciekawe było to, że wieźliśmy ze sobą cały niezbędny sprzęt do wspinaczki sportowej (butki, magnezja, lina, ekspresy, uprzęże) a bagażu mieliśmy mniej niż na poprzednim wyjeździe. I nie możemy wpaść na to, co my mieliśmy ze sobą wtedy? Ok, kurtki przeciwdeszczowe, może ze 2 koszulki więcej… ale co z resztą miejsca? Nie wiemy do teraz.

Czarnogóra od razu powitała nas z uśmiechem – na granicy celnik tyko rzucił okiem na paszporty i spytał dokąd jedziemy. Odpowiedzieliśmy, że Albania, więc spytał czy przywieziemy mu trochę trawki, bo tam jest tego pełno! Dość zaskoczeni, ale uśmiechnięci, pojechaliśmy więc dalej Droga cudnie się kręciła, można było mieć odkręcony gaz bez przerwy na 70km/h i kłaść się z lewa na prawo, ach co za radocha! Słońce na niebie, potoki pełne rześkiej wody, bujna zielona roślinność i prawie zerowy ruch na szosie. Pięknie!

Dopiero w okolicach Podgoricy zrobiło się trochę tłoczno, ale przejazd przez miasto poszedł całkiem sprawnie. No i w ogóle zaskoczeni byliśmy porządkiem i organizacją w Czarnogórze. Spodziewaliśmy się większego rozgardiaszu i „braku cywilizacji”. A tu: ludzie jeżdżą jak ludzie, w miastach pełno sklepów, wszystkie dobrze zaopatrzone, stacje benzynowe co kawałek, można płacić kartą i do tego walutą jest euro!

Pierwsze dwa noclegi mieliśmy pod Podgoricą, w namiocie przy hostelu, nieopodal regionów wspinaczkowych Smokovac. Bardzo przyjemne wspinanie! Od rana po jednej stronie rzeki (ze względu na cień): przyjemne, długie na ok 20m, dobrze obite drogi, z różnorodnymi wycenami (od 4 do 8). Po południu cień pojawia się po drugiej stronie, gdzie do zrobienia jest m.in. ciekawa trój wyciągowa droga o wycenach 5a-5c. Tylko samo podejście jest dość żmudne, po sypkich gołoborzach , a pod skałą sporo krzaków, przez które trochę trzeba się poprzebijać. Ale na pewno warto! Zrobiliśmy tylko 1 wyciąg, ze względu na późną godzinę, więc fajnie byłoby jeszcze kiedyś tam wrócić. Aha, trzeba tez uważać na węże, bo lubią wygrzewać się tuż pod skałami. Brrr, na samo wspomnienie się słabo robi. Musimy się przyznać, że drugiego dnia po prostu nie pozwoliły nam dojść do skały (jeden tylko leżał, ale miał z 1,5m długości a drugi mniejszy zaczął uciekać prosto na Aśkę – musiała wykonać kilka cudacznych podskoków, żeby uniknąć bezpośredniego kontaktu). Musieliśmy się więc spakować na motocykle i uciec w dal. Uciekliśmy nad wielkie, piękne jezioro Skoderskie. Po drodze kupiliśmy miejscowe czerwone wino, którego nie można przecież wypić byle gdzie! Skupiliśmy się więc na znalezieniu jakiejś urokliwej plaży i proszę! Udało się – plaża świeciła na biało, odbijając gęste od gorąca promienie słońca. Woda w jeziorze miała przyjemną, chłodną (a nie lodowatą!) temperaturę, zero ludzi, więc po prostu idealnie. Namiot, jedzenie z menażki, kąpiele, a na deser wino! Byłoby idealnie, gdybyśmy w którymś momencie, już po ciemku, znów nie natknęli się na węże! Tym razem dużo mniejsze (ze 40cm), wyglądały na zupełnie czarne w świetle czołówki na tych białych kamieniach. Brrrr po raz drugi! Podobno te były jadowite. Zamknęliśmy się więc szczelnie w namiocie i tylko błagaliśmy los, żeby rano nie znaleźć jakiegoś obcego w butach! (tak… Autorka panicznie od węży stroni).

 

                                                                                                                                       

Wystawa Biało – Czerwona

Od początku, w przygotowywaniu naszego projektu, staraliśmy się kłaść nacisk na wyprawę Bujakowskich sprzed 80 lat. I proszę jak ładnie, wspólnie z Łukaszem Wierzbickim, udało się rozsiać wici! Dostaliśmy właśnie oficjalne zaproszenie na obchody Święta Flagi 02.05.2015r. na dziedzińcu Pałacu Prezydenckiego i otwarcie wystawy zdjęć „Biało-Czerwona na bezdrożach”. Celem wystawy jest prezentacja przykładów śladów, jakie nasi rodacy pozostawili na świecie podczas swoich podróży. Wystawa będzie promocją osiągnięć wybitnych Polaków oraz polskich symboli narodowych. Plansze ze zdjęciami bohaterów tej edycji wystawy oglądać będzie można od 02.05 do 30.06 na Krakowskim Przedmieściu.

Rewelacja, prawda?

Bohaterów poprzednich edycji wystawy można obejrzeć na stronie www.bialo-czerwona.org

www.bialo-czerwona.org

                                                                                                                                                                                 

Targi WMS

Zapraszamy na Wrocławskie Targi Motocyklowe w dniach 14-15.03.2015r! Oprócz radochy z oglądania maszyn, sprzętów i pokazów stuntu, będzie można posłuchać o kilku ciekawych wyprawach: Ani Jackowskiej (facebook.com/KobietaNaMotocyklu), dziewczyn z „One temu winne” i chłopaków „Motobros”. Sami też się będziemy udzielali, więc wszystkich serdecznie zapraszamy na DalejSieNieDa’niowe wspominki! wms.info.pl/goscie.php?id=98

                                                                                                                                                                                 

Drugą ciekawostką wywiad z Aśką również po:

www.motocaina.pl/artykul/dalej-sie-nie-da-wywiad-z-joanna-sobkowska-8205.html

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                          

Pierwszą ciekawostką niech będzie artykuł opublikowany po naszym powrocie na łamach Motormanii:

motormania.com.pl/turystyka/wyprawy-czytelnikow/dalej-sie-nie-da-asia-i-daniel-na-motocyklach-dotarli-do-granic-chin/